Wiosna wjechała na pełnej, a to oznacza tylko jedno – czas wybudzić maszyny z zimowego snu i sprawdzić, co słychać na naszych lokalnych ścieżkach. Mistrzejowice to nasza stała baza, a konkretnie teren wokół Parku Reduta i okoliczne jary, gdzie ukryte są te nasze małe single z bandami i hopkami. Po kilku miesiącach przerwy, kiedy jedynym treningiem było serwisowanie amortyzatorów w garażu, powrót na trail smakuje lepiej niż cokolwiek innego. Pierwsze zjazdy w marcu to zawsze lekka walka z rzeczywistością, bo opony muszą na nowo wgryźć się w ziemię, która jeszcze nie do końca wie, czy chce być sucha, czy zamienić się w błotną pułapkę.
Szymon oczywiście nie bawił się w żadne rozgrzewki i od razu poszedł ogniem na pierwszy drop, udowadniając, że jego gen strachu przez zimę zupełnie nie odrósł. Olek, mimo że najkrócej w ekipie, pozytywnie nas zaskoczył, bo widać, że w piwnicy nie próżnował – formę ma taką, że musieliśmy mocno dokręcać, żeby nie zniknął nam z oczu między drzewami. Najmłodszy Antek, jak to Antek, kompletnie zignorował fakt, że termometr ledwo wyszedł na plus i wiatr jeszcze nieźle tnie po twarzy. Dla niego liczyło się tylko to, żeby opony w końcu zaczęły grać na korzeniach.
Forma po zimie może jeszcze trochę „pływa” w zakrętach, a łapy szybciej puchną na sekcjach z tarką, ale vibe Mistrzejowic zawsze dodaje nam skrzydeł. Te pierwsze wiosenne ustawki to nie jest bicie rekordów na Stravie, tylko odświeżanie skilla i czysta radość z tego, że znów jesteśmy w komplecie na szlaku. Przetarliśmy szlaki, sprawdziliśmy, gdzie po zimie leżą nowe kłody i oficjalnie ogłaszamy sezon za otwarty. Jeśli widzicie na Reducie chłopaków lecących bokiem na bandach, to na bank my. Widzimy się na hopkach!
